Wycieczka do Blarney oraz Cobh


Wycieczka rozpoczęła się dnia 19 marca 2017 o 9:30 kiedy to wyruszyliśmy busem z centrum Cork do naszego pierwszego celu - zamku Blarney. Nie była to długa podróż, zajęła nam ona jakieś 20 minut. Pogoda w tym dniu dopisała, było dość ciepło, jak na irlandzkie warunki, no i nie padało. Po chwili od przyjazdu na miejsce byliśmy już w kolejce po bilety. Po przejściu przez bramki ukazał się nam jedynie skrawek pięknych ogrodów, które otaczają ten zamek. Sama budowla jest nieduża, lecz dość wysoka. Jego główną atrakcją jest wapienny kamień wtopiony w mury zamku. Legenda głosi, że ten, kto pocałuje kamień uzyska dar elokwencji i przekonywania. Nie jest to jednak tak proste jak mogłoby się wydawać. Osoba, która chce pocałować kamień musi położyć się na plecach i dopiero wtedy, podtrzymywana za nogi, wyciągając głowę w stronę ściany poniżej może tego dokonać. Tylko część naszej grupy się na to odważyła. Do samego kamienia, który znajdował się na najwyższym punkcie zamku, prowadziły długie, kręte i wąskie schody. Po drodze można było zobaczyć pomieszczenia takie jak sypialnia, kuchnia, czy pokój młodych dam. Schodząc, mijaliśmy między innymi ogromny pokój rodzinny oraz garderobę. Przy końcu drogi w dół, znajdowała się mordercza dziura, gdzie mógł skończyć niechciany gość popędzany przez strzały oraz wrzące płyny. Po wyjściu z zamku skierowaliśmy się do Poison Garden, w którym każda roślina miała trujące właściwości. Opisane były na kartce, razem z informacjami o jej miejscu pochodzenia. Przechadzając się wszystkimi tymi ogrodami mogliśmy obserwować drzewa i rośliny z całego świata, większość z nich była z Europy, lecz była także część himalajska, gdzie były same azjatyckie drzewa. Każda roślina w każdej części ogrodów miała karteczkę ze swoją łacińską nazwą oraz miejscem pochodzenia. Mijaliśmy również wodospad, Blarney House oraz inne zachwycające miejsca. Jednak ze względu na ograniczony czas, niestety nie mogliśmy podziwiać tych wszystkich cudów natury. To co zobaczyliśmy, zachęciło nas jednak do ponownego odwiedzenia tego miejsca, tym razem na dłużej.

Po wyjściu z zamku i odwiedzeniu sklepów z pamiątkami wróciliśmy do autokaru, żeby udać się w trasę do Cobh. Przez 40 minut jazdy mogliśmy podziwiać malownicze tereny, zalane jeziorami oraz rozlewiskami. Naszym pierwszym celem w Cobh było muzeum Titanica. Każdy z nas zna ten statek z filmu lub przynajmniej o nim słyszał, więc byliśmy zaznajomieni z tematem. Przy wejściu każdy z nas razem z biletem dostawał kartę pokładową imitującą te prawdziwe z 1912 roku. Na każdej z nich było imię i nazwisko pasażera, który faktycznie uczestniczył w tragicznym rejsie. Na koniec naszego zwiedzania mogliśmy się dowiedzieć czy przeżył podróż. Muzeum było bardzo interaktywne. W pewnym sensie mogliśmy się poczuć jak pasażerowie. Wchodziliśmy na statek witani przez kapitana, odwiedziliśmy kajuty klasy trzeciej oraz pierwszej, mogliśmy także zapoznać się z menu dla każdej z klas. Staliśmy również w miejscu, z którego pasażerowie wsiadali na feralny rejs. Dowiedzieliśmy się także, że były osoby, które na tej stacji wysiadły ze statku, ratując tym samym swoje życie. Był wśród nich człowiek, który zrezygnował z podróży do Nowego Jorku ze względu na wizję katastrofy, którą miał wcześniej. Po wszystkim uczestniczyliśmy w zatonięciu statku, który mogliśmy obserwować na filmie z perspektywy pasażerów w szalupach. Kiedy zakończyliśmy naszą podróż, mogliśmy przejść do galerii, w której znajdował się między innymi duży model Titanica. Były tam przedmioty, które pobudziły naszą wyobraźnię do uświadomienia sobie jak cała podróż mogła wyglądać. Mogliśmy poczuć zapachy, zobaczyć mapy oraz, nareszcie, przekonać się czy osoba z naszej karty pokładowej przeżyła rejs.

Gdy wyszliśmy z muzeum została nam około godzina do odjazdu autobusu. Spędziliśmy ten czas spacerując po Cobh. Poszliśmy do małego parku, znajdującego się zaraz obok muzeum i zaraz przy morzu. Jedynie pół metra i barierki dzieliły nas od wody. Była tam również ogromna altanka, idealna do zrobienia sobie pamiątkowych zdjęć. Stamtąd mieliśmy idealny widok na wyspę, która kiedyś była wykorzystywana jako więzienie. Widzieliśmy również katedrę, która stojąc na wzgórzu zachwyca swoją architekturą.

Około 16 wróciliśmy do centrum Cork. Po chwili każdy poszedł w swoją stronę, jedni zostali na mieście, a inni postanowili wrócić do domu i skierowali się na przystanek lub też wyruszyli pieszo. Zarówno Cobh jak i Blarney były pięknymi miejscami. Każdy znalazł tam coś, co mu się spodobało i co zainteresowało. Po tej wycieczce byliśmy naładowani pozytywną energią na nadchodzący tydzień pracy.

Karolina Dutkiewicz