Życie w Cork


Tutejsze życie bardzo różni się od naszego polskiego. Każdy dzień spędzony w Cork odkrywał przed nami nowe, nieznane dotąd zwyczaje, a może poprostu ludzkie odruchy, których w Polsce zauważyć nie można. Zacznijmy od autobusów. W naszym przypadku poruszanie się komunikacją miejską było dość częstym zajęciem, ponieważ prawie wszyscy musieliśmy dojeżdżać właśnie nimi do pracy. A więc minimum 2 razy dziennie poruszaliśmy się nimi.Wsiadając do autobusu nie ma możliwości, aby ktokolwiek poruszał się bez biletu. W autobusach są tylko jedne drzwi i chcąc, nie chcąc musimy przejść obok kierowcy, który sprawdza, lub sprzedaje bilety.Dlatego też nie ma możliwości, aby nie powiedzieć „Hello” z uśmiechem na twarzy. Wychodząc z autobusu naturalne jest, że żegnamy się z nim dziękując za jazdę,zwykłe „Bye” również starczy, a widząc uśmiech innych ludzi, dzięki zwykłej życzliwości, uwierzcie, że dzień staje się lepszy.

Popołudnia mamy tutaj wolne, a więc każdy spędzał je we własnym zakresie. Wychodzenie wieczorem na miasto, spędzanie czasu w pubach jest tutaj codziennością. Nie można mylić tutejszych pubów z naszymi barami. Pójście do pubu nie oznacza siedzenie z 50-letnimi facetami oglądającymi mecz. Jest tutaj naprawdę miła atmosfera, oczywiście można zobaczyć mecz, ale również możemy posłuchać różnych odmian muzyki (czasem również na żywo), wybrać się na karaoke. Czasem trudność sprawia nam wejście do miejsca, gdzie byśmy chcieli spędzić czas, ponieważ do wielu np. pubów, czy dyskotek wpuszczają od 21 roku życia. Osoby, które nie mają skończonych nawet 18 lat, miałyby mały problem z wieczornym wyjściem. Ale nie ma co rozpaczać... Cork jest na tyle pięknym miastem, przez którego centrum przepływa rzeka, że równie dobrze można po prostu posiedzieć sobie na ławeczce w centrum, czy w parku. Dla chcącego, nic trudnego. Krótko mówiąc myślę, że każdy może znaleźć coś dla siebie.

Dla lubiących zakupy, sklepów tutaj nie brakuje... W szczególności polecamy jakże słynny sklep „PENNEYS”. Kupimy tutaj mega fajne rzeczy, za niewielkie sumy. Codziennie praktycznie są tutaj inne promocje. Szkoda tylko, że ogranicza nas nasze marne 15 kg, które możemy wnieść do samolotu. W Irlandii jest na prawdę bardzo dużo Polaków, a więc uważajmy co mówimy na ulicy, bo może akurat w tym momencie ktoś nas rozumie. W weekendy mieliśmy okazje zobaczyć coś więcej niż tylko Cork i okolice. Wycieczki były długie, pokonywaliśmy wiele km autobusem firmy Paddy Wagon. Podróż jednak mijała szybko i przyjemnie, chociażby ze względu na to, że w autokarach mieliśmy wifi. W pierwszy weekend byliśmy na Cliffs of Moher. Niewyobrażalnie piękne widoki, chyba nigdy tego nie zapomnimy. Klify mają około 8 km długości; w najwyższym miejscu osiągają wysokość 214 m, właśnie z takiej wysokości widzieliśmy rozbijające się fale Oceanu Atlantyckiego o skały... W następny weekend podróż nie trwała długo.. Może 40 minut w jedną stronę. Podobało się głównie osobom, które interesują się historią. Mieliśmy okazję zwiedzić średniowieczny zamek w mieście Blarney. Popularna atrakcja turystyczna, głównie ze względu na tzw. Kamień z Blarney. Na terenie zamku znajduje się również XIX-wieczny ogród skalny. Później zawitaliśmy w miasteczku Cobh. Właśnie w tym porcie Titanic miał swój ostatni postój. Zobaczyliśmy również katedrę, w której akurat rozpoczynał się ślub.Ostatnią naszą wycieczką była wycieczka objazdowa dookoła pierścienia Kerry. Ring of Kerry jest jedną z bardziej popularnych tras w Irlandii. Droga prowadzi wokół półwyspu Iveragh obfitującego w górskie i atlantyckie krajobrazy. Nietrudno tu spotkać autobus z turystami ze wszystkich krajów świata. Przekonaliśmy się, że nie bez powodu Irlandia jest nazywana zieloną wyspą. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się, wysiadaliśmy z autokaru, aby podziwiać piękne widoki, porobić zdjęcia Mieliśmy również okazję poprzytulać małe owieczki i porobić sobie z nimi zdjęcia. Więcej na temat naszych wycieczek można przeczytać w poszczególnych sprawozdaniach.

Bardzo fajnym wydarzeniem, w którym mogliśmy brać udział był Dzień Świętego Patryka. W ten dzień wszyscy mieliśmy wolne. O godzinie 13:00 głównymi ulicami miasta przechodziła parada, kolejna sprawa, której nie można opisać słowami. W paradzie szły orkiestry, jak również dzieci ze szkółki piłkarskiej. Wszystkie grupy istniejące w Cork miały okazję się zaprezentować. Parada trwała około 1,5 h. W ten dzień wszyscy potrafią się doskonale bawić. Na ulicę wstyd wyjść jeżeli nie ma się jakiegoś symbolu irlandzkiego. Zielony kapelusz, ruda broda, flaga na policzku jest w tym całkowicie normalna. W pubach leje się zielone piwo. Ludzie tańczą na ulicach, barach, wszędzie... W ten dzień idąc gdziekolwiek, można poznać wielu ciekawych ludzi. Miejmy nadzieję, że znajomości zawarte tutaj w Święto Patryka i nie tylko będą trwać bardzo długo...:) W ostatnią środę naszego pobytu w Irlandii spotkaliśmy się z konsulem polskim w Cork panem Michael Mulcahy. Spotkanie odbyło się w centrum Cork w CoqbullRestaurant. Nie miał niestety dla nas zbyt dużo czasu, jednak mimo wszystko zdążył opowiedzieć nam o najważniejszych sprawach, z którymi ma do czynienia na co dzień a dotyczącymi naszych rodaków. Powiedział nam np. że w trzech stanach w których on jest konsulem, mieszkaaż 31 tys. Polaków, że ta liczba ta była prawie dwukrotnie większa, ale spadła w ostatnich latach. Na koniec pan konsul wręczył nam certyfikaty, było bardzo oficjalnie.

Podsumowując... ciężko pracowaliśmy, a w szczególności chłopacy, ale uważam, że te 4 tygodnie będą nie zapomnianym czasem w naszym życiu. To co tu przeżyliśmy, zobaczyliśmy,jak spędziliśmy nasz czas jest już w naszych pamięciach i nikt nam tego nie zabierze. Możemy być z siebie dumni, że udało nam się tu przyjechać Teraz niestety nie pozostaje nam nic innego jak żegnać i wracać do Polski, oglądać zdjęcia i wspominać. Miejmy nadzieję, że osoby, które zakochały się w tym niezwykłym państwie, którym spodobało się tutejsze życie, będą miały okazję tu jeszcze wrócić.

Ewelina Wilczyńska